Zobacz zdjęcie
Galerie -> RÓŻNE -> HISTORIA KĘPNA I OKOLIC
Franciszek Olszówka
Kepno-socjum
* * * * * *

Dodane przez: dxdan
  Ocena: Brak
Data: 04/06/2015 20:13   Komentarzy: 42
Wymiary: 640 x 894 pikseli   Liczba wyświetleń: 5762
Rozmiar pliku: 292.12kB     
      
   
Komentarze
164 #40 angru4 15/09/2016 22:41   
Drogi "Sebo" wcale nie napisałem, że UBecy byli niewinni ani ich nie bronię. Wiadomo, że zrobili dużo złego. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Mnie cały czas chodzi o to aby OTTA nie utożsamiać tylko ze zwalczaniem UBeków ale też z innymi faktami. Na jednej szali musimy położyć jego walkę z UB a na drugiej gnębienie ludności cywilnej i wówczas zobaczyć w którą stronę waga się przechyli. Co do lasu janowskiego to masz rację, to las szymonkowski. Moja pomyłka.
68 #39 Seba 15/09/2016 13:35   
Nic nie mówi na temat zabicia kilkunastu osób narodowości niemieckiej (mężczyzn, kobiet, dzieci) w lesie janowskim

Zapewne chodzi o las szymonkowski, a nie koło Janówki.
Warto zaznaczyć, że Niemcy Ci nadziali się na kryjówkę grupy Otta. Wedle posiadanych przeze mnie informacji przed Olszówka nie mógł zdecydować się jak załatwić sprawę - zabijać ich nie chciał, ale wolno puścić też nie mógł - bo mogli go wydać i doprowadzić do jego schwytania.
Cała grupa miała być zamordowana na rozkaz Kordzika. Tutaj warto przytoczyć okoliczności śmierci Kordzika:

Było to około 14 listopada br. [1945]. Wolski, Kordzik, Łan i nieznany mi ksiądz byli razem na weselu w powiecie kępińskim. Z wesela tego pojechali bryczką na miejsce um ówionego spotkania Kordzika z O ttem . Podczas drogi zostali zatrzymani przez ludzi Otta, którzy zabrali Kordzika do pobliskiego domu. Za chwilę Wolski usłyszał strzały, po których wyszedł do niego Otto i, zaprowadziwszy go do domu, powiedział mu tam, że zdrajca Kordzik zginął.

Weź pod uwagę, że ci Niemcy zginęli jesienią 45 roku (nie pamiętam teraz dokładnej daty) będąc na grzybobraniu. Właśnie to wydarzenie miało być jedną z przyczyn likwidacji Kordzika. Chronologia wydarzeń pasuje idealnie.
Problemem wielu zdarzeń dotyczących Otta jest właśnie brak chronologii, niby wiadomo, ale nikt nie wie co kiedy nastąpiło i jakie były wydarzenia poprzedzające. Właśnie tego typu opracowanie pozwala jednak wyjaśnić multum pozornie niezrozumiałych wydarzeń i wydawałoby się dziwnych, często wręcz wydawałoby się zbrodniczych zachowań grupy.

Po wojnie Franek potrzebował broni i amunicji dla siebie i swoich ludzi. To co dostał od Kazimierza Gruszki na długo mu zapewne nie starczyło

Raz, że ilość broni była dość pokaźna:
skrzynki z amunicją, karabiny, pociski, taśmy do erkaemów, jaką tylko posiadał broń.
Dwa - po wojnie to w każdej chałupie mieli broń i posiadanie broni nie było problemem szczególnie, że spora część osób od Otta posiadała broń jeszcze z czasów okupacji niemieckiej.

więc zdobywał ją zabijając UB-ków
Tutaj to nie wiem jak skomentować nawet. UBecy mordowali dziesiątki niewinnych ludzi. Sam Pilecki napisał, iż Auschwitz przy więzieniu UB to była igraszka.
W samych tylko posiadanych przeze mnie (lecz jeszcze nieudostępnionych publicznie) dokumentach mam:
- bicie pięściami i kolbami pistoletów po twarzy i głowie
- kopanie po całym ciele
- w przypadku omdlenia polewanie wodą
- zamykanie na nie mniej niż 48h w wysokim, wąskim i ciemnym zawilgoconym pomieszczeniu, w którym nie można było usiąść a na głowę kapała woda
- wkładanie palców dłoni między futrynę a drzwi po czym miażdżenie palców
poszkodowanemu żołnierzowi AK do końca życia samoczynnie schodził paznokieć z kciuka lewej dłoni i ma blizny na głowie od uderzeń kolbami
- zmuszanie do podpisywania protokołów zeznań bez ich czytania, w przypadku odmowy bicie do utraty przytomności
- przypalanie papierosami dłoni, rąk i twarzy
- przykładanie broni do skroni i grożenie, że za chwilę pociągną za cyngiel
- przetrzymywanie w celi o temperaturze 0 stopni C
- położenie brzuchem na stołku i bicie batem, tzw. bykowcem, po tylnej odsłoniętej części ciała, plecach i głowie

To był tylko wycinek z papierów jakie mam. Raptem pierwsze dwie strony dokumentów. Czytając to, co robiło UB włos się na głowie jeży.
No faktycznie niewinni ci UBecy byli. Nikogo nie męczyli, a nagle pojawili się jacyś ludzie i zaczęli zabijać niewinnych ubowców. Nieprawdaż?
164 #38 angru4 12/09/2016 09:14   
Dokładnie przeczytałem wspomnienia p. Idziego Gatnera. Moim zdaniem jako członek bandy OTTA częściowo podaje w nich prawdę jednak dużo faktów pomija, nie chce o nich mówić, nie chce pamiętać? Już samo pochodzenie OTTA zostało opisane w tym forum trochę inaczej niż podaje p. Gatner. Nic nie wspomina o wyczynach Franka dotyczących okradania, gnębienia, zabijania ludności cywilnej. Nic nie pisze na temat tego jaki jego ludzie wzbudzali strach wśród ludności cywilnej. Nic nie mówi na temat zabicia kilkunastu osób narodowości niemieckiej (mężczyzn, kobiet, dzieci) w lesie janowskim - tabliczka z ich nazwiskami do dzisiaj znajduje się na drzewie w tym lesie. To tylko jeden bezsporny fakt, a takich jest dużo, dużo więcej. Po wojnie Franek potrzebował broni i amunicji dla siebie i swoich ludzi. To co dostał od Kazimierza Gruszki na długo mu zapewne nie starczyło. W jaki sposób mógł ją zdobyć w tamtych czasach? Ano sklepów z bronią nie było, niemieckich i rosyjskich żołnierzy też już nie było więc zdobywał ją zabijając UB-ków. Zresztą z niektórymi z nich pił wódę (też opisane na tym portalu). Wiem, że miłośnicy bohaterskiego Franka zaraz się obruszą ale chodzi nie o obrażanie kogoś ale wywołanie dyskusji oraz obiektywnej ocenie faktów. Nie zapominajcie o tych, którym OTTO i jego ludzie zrobili dużo krzywdy (ludność cywilna). To są fakty. Nie oceniajcie jego działalności wybiórczo ale całościowo. Pozdrawiam.
91 #37 capitaneus1 10/09/2016 23:22   
Czytałem dwukrotnie. Seba, te wspomnienia to mocny tekst. Potwierdzenie zasłyszanego przeze mnie kiedyś zdania: "Dawne pogranicze - tu historia nie jest łatwa i prosta".
476 #36 slawomir wieczorek 10/09/2016 11:31   
Seba, bardzo wartościowy dokument. Pisany z punktu widzenia przeciwnika instalujacej się komunistycznej wladzy. Pewnie część przedstawionych faktow wymaga weryfikacji, dużo w tym subiektywizmu ale jedna rzecz nie podlega dyskusji: przedstawiona we wspomnieniach motywacja podejmowanych działań. Nie był to bandytyzm jak przedstawiano w czasach stalinowskich i później w okresie PRL-u (a i obecnie pogląd ten jest bardzo rozpowszechniony) tylko sprzeciw wobec uzurpatorom,którzy przy pomocy sowietów przyznali sobie prawo do sprawowania władzy nad Polakami. Jest to wartościowy dokument, ponieważ wiemy z imienia i nazwiska, kto jest jego autorem. To nie są ,,wieści gminne'' tylko relacja uczestnika tamtych wydarzeń. Może kiedyś pojawią się tutaj podobne dokumenty i relacje konkretnych osób, z podniesioną przyłbicą, które ukażą odmienny punkt widzenia? Dxdan, wrogość (żeby nie powiedzieć nienawiść) jaką widzialem tutaj w stosunku do pani Iwony była dla mnie szokujaca. To nie bylo zwykłe spieranie się o fakty i poglądy ale emanacja komunistycznej nienawiści do wroga klasowego. Wiem jednak, że pani Iwona ma na tyle inteligencji i rozsądku, że nie musi wstępować na ścieżkę wytyczoną przez swoich oponentów i przejmować ich emocje. Wystarczy, że konsekwentnie będzie podążać swoją drogą. To będzie najlepsza odpowiedź na ataki.
44 #35 dxdan 10/09/2016 08:24   
Do Użytkownika - Sławomir Wieczorek - uważam, że Pani Iwona dobrze zrozumiała wypowiedzi osób, które komentowały temat jej pracy w IPN-nie. Wypowiedź Pani Iwony zacytowałam dokładnie, nic nie dodając i nic nie ujmując. Ta wypowiedź Pani Iwony jest do wglądu. A jaki jest jej przekaz to już każdy sam niech sobie tłumaczy...Nie pierwszy raz widzę zachowania użytkowników w przypadku prezentowania innych punktów wiedzenia, poglądów...przez różne tutaj osoby...nic mnie nie dziwi tylko troszkę tak jakoś wstydzić się należy, że jednak nie umiemy się zachować...jak trzeba...Pozdrawiam...wiele mamy przywar narodowych...
44 #34 dxdan 10/09/2016 08:14   
...Seba super dokument. Wiele faktów potwierdza. Ważny element, - np. to, że strzelała w restauracji pod Łabędziem najpierw do Tarki (do Hetmana potem) - Irena Tomaszewicz ps. Danka. Nikt nie grał na pianinie, nikogo więcej z grupy Otta nie było w lokalu, nie było żadnych rozbrojeń, nie było wyjść do wc...nikt nie dobijał Tarki ani Hetmana. Wyrok był wydany na zastępcę Hetmana na Tarkę. Z relacji innych osób Otto: znał a nawt kontaktował się z Hetmanem. I wiele innych faktów...Seba
68 #33 Seba 09/09/2016 02:25   
Umieszczam coś, czego umieszczać nigdy nie miałem.
Mam nadzieję, że rodzina mnie nie wyklnie za udostępnianie prywatnych materiałów rodzinnych na forum publicznym.
Skrócona relacja mojego ś.p. wujka Idziego Gatnera na temat czasów wojny.
W nawiasach kwadratowych moje dopiski. Ciekawsze fragmenty pogrubiłem.

Urodziłem się 26 sierpnia 1921 roku na Kuźnicy Trzcińskiej. To jest koło Trzcinicy. Trzcinica, Laski i to
wszystko, to była jedna parafia dawniej. Do granicy niemieckiej było 6 kilometrów. Przed wojną nie było trudności,
można było do granicy dochodzić. Przychodzili Niemcy tacy, co po polsku umieli. Rozmawiali z nami. Pamiętam, że
jak Piłsudski zmarł, to na Kopiec Piłsudskiego ziemię przynosili. Niejedni Niemcy mieli ziemię na polskiej stronie,
Polacy mieli znowu ziemię na obszarze niemieckim. W zgodzie żyli, nie można powiedzieć, żeby były jakieś
zakłócenia.

Ojciec był mistrzem brukarskim; na Śląsku pracował. W domu nas było sześciu chłopaków. Wszyscy żyją. [Żyje już tylko jeden namłodszy, rocznik 1933]
W 1939 roku, w marcu, poszedłem do Junackich Hufców Pracy. Byłem w Bronowicach Małych koło
Krakowa [obecnie dzielnica VI Bronowice] - 45 kompania, 16 batalion. Ja ochotniczo do wojska poszedłem, wojsko mi się okropnie podobało. Przedtem
jeszcze było na wiosce PW, Przysposobienie Wojskowe, to też my tam należeli. Jeździliśmy do Kępna na zjazd; drugi
turnus kończyłem.

Z Krakowa, po przeszkoleniu w służbie czynnej, przejechali my na budowę fortyfikacji nad Narew: powiat
Łomża, Wizna, te strony. Do wybuchu wojny mieliśmy warty przy fortach, potem wojsko przyszło. Jak wybuchła
wojna, to 3 września odmaszerowali my do Bielska Podlaskiego. Stamtąd na pociąg. Chcieli my za granicę jechać z
wojskiem - artyleria załadowana i wszystko. W cztery kompanie przyjechali my do Równego, ale spóźnili się coś o
cztery, czy pięć godzin na transport. A Ruski wyszli i w Zdogunowie za Równym zabrali nas do niewoli.
Wywieźli nas 300 kilometrów za Moskwę. [ciekawostka - z relacji wujka pamiętam, że karmiono ich słonymi śledziami, po czym nie dawano wody do picia przez cały dzień].
Nie wiem co to było: Ostaszkowo, czy jakaś inna miejscowość.
Jeden kumpel jeszcze żyje, co my razem tam byli, to mówi, że Tajca. To było nad rzeką Jaźmą. W lesie były baraki. W
nocy my tam weszli, musieli kawał iść pieszo.

Po trzech miesiącach była wymiana jeńców pomiędzy Hitlerem a Stalinem. Zwolnili ludzi z Poznańskiego,
Śląska, Pomorza i nas z nimi razem. Z łagru my szli może 30, 35 kilometrów pieszo do rzeki Jaźmy; to była ładna
rzeka. Tam nas na taki mały motorowiec, barkę załadowali, jeden przy drugim, nie szło siedzieć. Przywieźli nas na
stację. Później żeśmy jechali przez Stołpce do Polski. 12.000 tego wojska - to było zmieszane wojsko różne -
przywieźli do Brześcia nad Bugiem. Z Brześcia przeszli my do Białej Podlaskiej. Tam było nowe lotnisko i tam
skoszarowali nas Niemcy, a potem wywieźli do Piły na Pomorze.

W 1940 roku wróciłem. Chyba cztery miesiące byłem w tej niewoli niemieckiej i dopiero zwalniali. Przedtem,
jak się ktoś podał, że był fachowcem, to tych zaraz na trzeci dzień wywieźli w głąb Niemiec. Z tych, co ich znałem,
pojechał wtedy Szczepan Lorenc. A ci, co nie podali żadnego zawodu, to zostali. Ja zostałem, bo byłem jeszcze młody.
Raz przyszedł szef kuchni i mówi po niemiecku, czy chcemy iść ziemniaki strugać. Ja przy granicy się
urodziłem i różne niemieckie słowa umiałem, to mówię: „Jawohl!” No to on powiada, że mamy iść.
Nas było dwudziestu pięciu jeszcze, tych junaków z Kępna, tośmy się tak trzymali razem. Z nazwisk
pamiętam Stefana Rabiegę. Spotkali my się, śpiewali piosenki wojskowe. Coś nam płacili, chyba 6 marek na tydzień.
To był koło Piły taki lagier w lesie, wojskowy. Przystanek kolejowy był bez biletów, bez stacji. Ja tam
wsiadałem, pamiętam, bo potem stamtąd jechałem na Gniezno. Dużo ludzi tam nie było, bo wszyscy byli pozabierani.
Tylko grupy pozostawiali do utrzymania tego lagru. Trzymali dwie kompanie Żydów, byłych żołnierzy w polskich
mundurach, i krew od nich wyciągali. Dawali im dobrze jeść, a potem wyciągali krew i posyłali na front.
Później nas zwolnili i na przymusowe roboty. Do Jastrzębia. Koło Namysłowa nowa fabryka amunicji
wtenczas była budowana; było tam dwanaście firmów. Jak my to skończyli, przyszło wojsko. Stamtąd do Oleśnicy
przymusowo, do parowozowni. W tej parowozowni robiłem do końca wojny.
Przysięgę składałem tam w 1943 roku w listopadzie [Oddział konspiracyjny AK w Oleśnicy, przysięgę odbierał por. Leon Szczuraszek].

Pewno, że namawiali do podpisania volkslisty. Ja potem byłem tam brygadzistą, trochę się nauczyłem tej
roboty. Dyrektor parowozowni Schmidt się nazywał. Niemiec, ale w porządku chłop; żeby był złośliwy, to nie. Jak
nieraz przyszedłem do biura coś załatwić, to on: - „Gatner, wy macie niemieckie nazwisko”. Ja mówię: - „Nie
całkowicie niemieckie, bo bym się musiał nazywać Getner - ogrodnik”. Pytałem się ojcu skąd to nazwisko pochodzi.
On mówił, że z Węgier, węgierskie. Ale ja mówię do dyrektora: - „Dziadki urodzili się na Kuźnicy i ojciec się urodził.
Ja urodziłem się w Polsce, do polskiej szkoły chodziłem i Polakiem zostanę”. On mnie po ramieniu poklepał i mówi: -
„Macie rację”. I więcej mi głowy nie zawracali.

W międzyczasie, jak jeszcze rodzice nie byli wysiedleni, to „Otto” w lesie się zawiązał. Kuzyn do niego
poszedł jak uciekł z roboty - robił w browarze w Namysłowie i Józef Lyko też tam robił. To wszystko byli ci, co
pouciekali z robót i potem groziło im więzienie. Założyli partyzantkę. „Otto” też uciekł i wałęsał się gdzieś po lesie.
Jego matka podpisała volkslistę - to była matka tylko sama, miała dwóch synów. On sam mi tak opowiadał.
Ja poznałem „Otta” chyba w 1943 roku. Miałem kuzyna tu zaraz obok, Pomiany. Przyjechałem kiedyś do
niego i on mówi: - „Wiesz co? Jesteśmy już w lesie”. Bo ojców jego też wysiedlili. Ja mówię: - „Jak wy możecie
założyć partyzantkę, jak nie macie broni ani nic?” A „Otto”, jak się dowiedział, że żołnierz przyjechał na urlop - ze
strony Komorzna, tam jest zaraz granica niemiecka - to w nocy wskakiwał do jego mieszkania i go rozbrajał; zabrał mu
broń, mundur i z czym tam przyjechał.

On się nazywał Franek Olszówka, ale takie pseudo sobie wziął, że tylko „Otto”. Później był w Trzcinicy. Tam
był taki dziedzic, Blau się nazywał. Ten Blau miał dwóch synów, a do tych synów miał nauczyciela, ewangelika. On
Janiszewski się nazywał - siedział też tu na UB.
„Otto” chciał sobie jakieś kartki zdobyć. Wiedzieli, że ten Janiszewski
przychodził do lasu na obserwację gdzie są dziki i miał broń przy sobie. I oni sobie naszykowali pistolet z drzewa
wystrugany, pomalowali, poszli pod ambonę i go straszyli: - „Zejdź na dół, bo cię zastrzelimy”. I on zeszedł z tej
ambony.
I mówili tak: - „Panie Janiszewski, niech pan naszykuje nam broni. Jest możność u pana?” - „Mogę wam
załatwić”. - „Kartki na żywność. Kiedy się umawiamy?” - tak mi „Otto” o tym mówił. Powiada tak: - „My go ze trzy
godziny trzymali na tym umówionym miejscu, czy czasem nie przyszli jacyś gestapowcy za nim. On stał i stał.
Podeszli my, a on wszystko miał. Co nam obiecał, to wszystko przyniósł”. On był pierwszy, który za okupacji im
pomagał w lesie. To był ewangelik, Niemiec, ale po polsku umiał jak się należy.

Oni byli w lesie od 1943 roku, od jesieni. Wodzicki uciekł z pracy i Lyko Józef, a Olszówka już tam się gdzieś
kręcił. Jak on tam przyszedł, to ja nie wiem. Musiał uciec. Opowiadał, że policja go uwiązała za bryczką na sznurkach.
Wziąć go do góry nie mieli miejsca, albo się go bali, to go uwiązali za nogi powyżej kostek. I on za tą bryczką musiał
lecieć. Na jakiejś wiosce się wywrócił na wznak, te pętle mu spadły z nóg i nim oni zauważyli, że nie leci za nimi, to
on już był u jednego gospodarza. Powiadał mi: - „Wiesz jak to mówią: żołnierze strzelają, Pan Bóg kule nosi”. Strzelali
za nim, a on uciekł taką dróżką do lasu i od tego czasu w tym lesie był. Onego szukali, bo on do wojska nie chciał iść;
bo jego brat, to już zginął.


I teraz co: ten uciekł, ten, we trzech już się organizują. Później więcej dochodziło do nich.
W tym siemieńskim lesie, koło Siemianic, mieli swoje bunkry za okupacji.
Powiadali, że gestapowcy przechodzili po ich bunkrze. Mieli taką dziurę zrobioną, jakby to królik kopał - z tej dziury
było widać. Niemcy mieli obławy na nich. Wiedzieli, że się tam gdzieś kryją, raz tu, raz tu są.
Tak się ukrywali. Rozbrajali Niemców. W Laskach był taki policjant Mądry, Niemiec. On był przepisany z
Bydgoszczy. I raz pomiędzy Ignacówką a Kuźnicą spotkali się obydwa - ten jechał na rowerze i „Otto” jechał na
rowerze. Ten policjant raptownie uciekł na prawą stronę, rower zostawił i schował się. A „Otto” mówi: - „Jak ci życie
miłe, to siadaj na rower i uciekaj z powrotem na posterunek, bo mam ręczne granaty. Rzucę i cię diabli wezmą”. I ten
tak też zrobił, poszedł. On miał dzieci troje.
Początkowo nie był taki groźny ten „Otto”. Dopiero potem, jak go UB ścigało. On był metr osiemdziesiąt
wysoki, 20. rocznik. Rok starszy ode mnie, trochę wyższy.


Jak tam grasowali, to cały czas kuzyn był u niego. Było im ciężko. Ten Janiszewski im dostarczał wszystko.
Jak Niemcy już uciekali, była kapitulacja, 1944 na 45 rok, to oni byli na Pomianach, cała grupa; tam ich było piętnastu
chyba. Na Pomianach był pałac i park. Dziedzic Kersten się nazywał; to należało do niego. Ogród był może 10 mórg,
ładne drzewa. I tam jeden Niemiec, jakiś oficer chyba, na koniu jechał - tak potem opowiadał „Otto”. „Otto” wyskoczył
na niego z tego parku i zatrzymuje go. A ten za pistolet. „Otto” swoim pistoletem - trach go, że z konia spadł zaraz ten
wojskowy. Oni tam porządki robili jak Niemcy uciekali.
Później, jak już Niemcy uciekli całkowicie i ja przyszedłem z Oleśnicy, to oni posterunek mieli dwa dni temu
założony na Kuźnicy. Zakładał go Olszówka i Lyko, mój kuzyn z Pomian. Wodzicki też tam był, mój brat - Gatner
Józef, Pieles Jan, Stężała Andrzej. Razem było nas ośmiu; reszta poszła do swoich. Porozchodzili się, bo był koniec
wojny.

W pierwszym okresie pracy w milicji nikt nam nie płacił. Chodzili my tylko z opaską. Ruski szli, rabowali, to
było przy granicy, to musieli my pilnować, żeby ludzie spokojnie spali. Jak Ruski przechodzili i nie było widać milicji,
tej posterunkowej, to wchodzili gdzie bądź do gospodarstwa i gonili dziewczyny, rabowali. A jak wiedzieli, że ktoś
jest, że posterunek istnieje, to był spokój. My byli bardzo agresywni na tych Kacapów.
Komendantem posterunku był Franek, „Otto”. My zawsze mieli obydwa służbę, to my tak siedzieli razem cały
czas, jak ja teraz z panem. Za darmo. On powiada: - „Wiesz co? Dzisiaj bierę karabin i jadę na Janówkę”. Ja mówię -
„Po co ty tam jedziesz?” - „Tam co dzień przychodzą” - on powiada - „w grupach Niemcy. Ja się muszę pomścić za to,
że plecy mam takie zranione, za mojego brata”. Wtedy przeważnie mieli my mauzery pięciostrzałowe. Takiego
mauzera raz przyniósł - lufa, kolba, to wszystko było zakrwawione - i powiada: - „Trzech dzisiaj miałem”.

Tam był las i zaraz przejście do komorzyńskiego lasu, takie połączenie. Jeszcze przed kapitulacją Niemcy tam
przechodzili, bo w Praszce był rozbity pułk wojska niemieckiego i oni się potem tak po dziesięciu, po dziewięciu
przemykali na zachód. To były niedobitki pułku z okolic Wielunia. Jak my byli na Ignacówce u Rabiegi, on przyszedł
meldować nam, że Niemcy przychodzą co dzień i chleb mu zabierają. Nas wtedy już było siedmiu. Poszli my. Do lasu
z tego gospodarstwa było 50 metrów. „Otto” mówi: - „Idziemy”. On trochę wojskowości miał, ale musztrę wojskową
to ja przechodziłem w 1939 roku. Ja mówię: - „Wiesz co? Z lasu cię mogą obserwować teraz Niemcy. Pójdziemy tak:
jeden, karabin pod płaszcz, za 15 - 20 minut drugi, ale z drugiej strony, co by oni nie widzieli, że my całą grupą
idziemy. Z tej furtki, to tak: trzech w prawo się zaraz położy, na odległość strzału, trzech z drugiej strony, a ty
wyjdziesz w środku i krzykniesz »Hande hoch!« i ich rozbroimy. Jak coś będzie nie tak, to będziemy pruć”.
Długo nie trwało, złapali my dziewięciu Niemców, wojskowych. Zaraz „Otto” się zapytał który był w SS.
żaden. No to który żonaty. Jeden był nieżonaty, co czerwony krzyż, apteczkę niósł. Broni nie mieli. „Otto” mówi: -
„Idzi, co z nimi zrobić?” Ja mówię: - „Wiesz, żołnierz to żołnierz. Jak im darujemy życie, to lepszą opinię będziemy
mieć dla Polski jak zajadą do domu”. Jak im powiedział: - „Nach hause gehen, ale tylko lasem, żeby was Ruski nie
złapali”, to nas po rękach całowali te pieruny.

Przed kapitulacją coś dwa tygodnie jeszcze my obeszli te wszystkie lasy; zgrupowanie wszystkich milicjantów
powiatu kępińskiego, tam nas było około 200.
Ja miałem ubezpieczenie, trzech do pomocy. Jeszcze sobie znalazłem w
chłopskim lesie „dziewiątkę” niemiecką na cztery pociski. Długi czas ją miałem, aż do dnia co mnie zaaresztowali.
No i kapitulacja. My razem z „Ottem” na tym posterunku byli. Wszystko w porządku, nikomu się nie mogła
krzywda dziać - to był taki opanowany człowiek, bardzo był religijny. Zaraz po kapitulacji skończyli my całą służbę,
samodzielnie my się rozwiązali. Kto chciał, to mógł w milicji zostać. Aby jeden z nich, Wodzicki, poszedł na
posterunek, do punktu gminnego do Lasek. Jeszcze my na słupkach postawili swoje karabiny, erkaemy
dziesięciostrzałowe, w stronę lasu salwę my dali i koniec.

Broń została, to gdzieś schowali. To Wodzicki przeważnie robił. Do Lasek, powiada, zabierze; na posterunek.
Bo z początku to tak było, że akowcy mają wstępować na UB i zajmować stanowiska. Potem przyszło, żeby się
ujawniać. A jak się dowiedzieli, że ktoś się ujawnił, to za dwa tygodnie, tydzień UB zabierało i wywoziło gdzieś.
Po jakimś czasie przychodzi, że szukają wszystkich akowców. Z powrotem do lasu. Wodzicki też z milicji
uciekł,
bo dopatrywali się, że należał. I później „Otto” był nie ten człowiek, taki był zawzięty na UB. Na KBW nie, na
wojskowych to nie tak specjalnie. Ta zawziętość stąd się wzięła, że on dwa lata był w tej partyzantce, a dwa lata być w
lesie i mieć niedostatek, to się zrobi człowiek dziki. To już potem w organizmie ma wpojoną nienawiść.


Ja zaraz po kapitulacji poszedłem na zachód szukać jakichś maszyn, jakiejś tokarki. Później przyjechał z
majątku Miechowa - to jest w powiecie Kluczbork, gmina Kostów - administrator jeden, bo się dowiedział, że ja jestem
mechanikiem. Chciał, żeby przyjść, zobaczyć, czy jakieś tam traktory może są. Tam na majątku było siedmiu Rusków i
nie szło nic zrobić, ale coś kombinowali my z tym administratorem. Przy tych traktorach też nikt nie płacił, bez
pieniędzy się robiło, tylko aby za zboże, albo z majątku się coś wzięło. Powstała Polska, ale nie taka jak my sobie
życzyli. Dziadostwo się wmieszało.

„Otto” gospodarstwo chciał prowadzić - to była taka resztówka, koło 200, może 250 mórg. Wieś się nazywała
Fidryka - powiat Kępno, za Byczyną mała wioska. Spotykał się ze mną, dawałem mu paliwo do traktora. Jak był na
majątku, to był spokój. Wtedy nic się nie działo. Władza komunistyczna dopiero się szykowała; jeszcze nie wiedzieli
co będzie, sami byli w strachu. Później dopiero zaczęli szukać: latali po wieczorach, do mieszkań wchodzili. „Otto” nie
chciał się dać złapać, on był bardzo bystry chłop. Rzucił Fidrykę i przyszedł z powrotem do lasu. Dopiero zaczął swoje
pokazywać.


Mnie nie aresztowali, bo ja nie byłem spalony, ja im tylko pomagałem. „Otto” był już w lesie, jak
zaaresztowali tych ludzi niewinnych. Janiszewskiego aresztowali razem z niemieckim policjantem jak jeszcze my byli
na posterunku, w maju, jeszcze przed kapitulacją. „Otto” się dowiedział, na UB przyjechał i mówi: -
„Prawdopodobnież tu macie zaaresztowanego Janiszewskiego”. - „Tak, a co?” On powiada: - „żebyście go natychmiast
wypuścili! To jest zasłużony człowiek”. A oni go wzięli jako Niemca, że ewangelik. Z poręki „Otta” go wypuścili.

Wyjechał potem na Zachód.

W powiecie kępińskim dużo Niemców zostało, w Komorznie było paru. Nie było żadnych wielkich prześladowań,
wiosek nikt nie wysiedlał. Niemcy sami uciekali przed frontem. Ci, co wyjechali, to już nie wracali, a tym, co zostali,
dali spokój. Jeszcze sołtysami byli. Repatrianci ze wschodu też przyjechali, ale dużo było prawdziwych Niemców. Na
Wodzicznej też byli ewangeliki, Niemcy przedwojenne.

Ja w kontakcie z „Ottem” byłem cały czas. Jak poszedł już do lasu, to broń mu naszykowałem, wszystko co
potrzebował. Mogłem to zrobić, bo miałem kolegę z okupacji, Kazimierza Gruszkę; razem my pracowali w
parowozowni. On po wojnie, jak przyszedł ten rozkaz żeby wstępować, wstąpił do UB. Kontakt z nim miałem cały
czas, kolegowałem się z nim. Mówię mu, że jest propozycja taka, żeby naszykować broń, czy on by to zrobił. On
mówi, że może naszykować. Po jakimś czasie mówi, że już ma naszykowane. Ja mówię: - „To ja przyjadę wozem” - do
Kępna, do Kamsiatki. On tam mieszkał. To jest taka dzielnica w Kępnie, Stare Miasto. Kamsiatka się na to mówi.
Ja tam przyjechałem wozem, stanąłem. Oglądali my się, nikogo nie było. Taka wąska uliczka. Tym wozem
wjechałem i on normalnie w workach mi wynosi: skrzynki z amunicją, karabiny, pociski, taśmy do erkaemów, jaką
tylko posiadał broń. Było dosyć dużo tego. No i mówię: „To jest wszystko?” - „Wszystko”. - „To teraz mnie musisz
odwieźć, wyprowadzić z miasta”. - „No dobrze”. On na rowerze przy wozie, trzymał się wozu, a ja koniem jechałem.
Wyjechali my za miasto i na drogach rozjezdnych za Baranowem ja mówię: - „Teraz już możesz jechać. Ja sobie
wyciągnę jakiś karabinek i naładuję, żeby mieć w razie czego”.

On broń miał, bo było dużo polikwidowanej poniemieckiej broni, no i oni dostawali jeszcze przydział na UB.
Kto by tam to księgował, w UB też był bałagan z początku. On miał dostęp do tego, był bystry chłopak, to wziął i
naszykował. A ja to zawiozłem prosto do lasu.

To, co nastało, to była wszystko wina Urzędu Bezpieczeństwa. Zaczęło się tak, że Urząd Bezpieczeństwa się
dowiadywał przez kogoś, kto był tu w grupie Armii Krajowej. Bo to była niby Armia Krajowa; dowództwo było na
samej górze przedtem i po kapitulacji tak samo. Dowiadywali się i później szukali gdzie on jest. A Kaziu Gruszka
wszystko nam donosił. On i taki Zielonka jeszcze na motorze przyjeżdżali. Naprzód u mnie się zatrzymali, a później do
lasu, do „Otta”. Ja im zawsze powiedziałem, w którym miejscu mogą się z nim spotkać. Byłem prawa ręka od tego,
inni o mnie nie wiedzieli nic. Kiedy i jakie będą obławy, szukania, albo kogo szukają, to ja wiedziałem pierwszy od
tego Gruszki, ja to przekazywałem.

Ja przeważnie wiedziałem gdzie „Otto” jest, w którym lesie. Mogli być tylko tam, gdzie mieli magazyn broni i
bunkry: w rychtalskim lesie, jak się na Rychtal jedzie i w innych lasach były bunkry porozsiewane. W jednym miejscu
nie mogły być, bo by nie wytrzymali.

W UB w Kępnie to była zbieranina jakaś, pastuszki takie, co za Niemca gdzieś krowy paśli. Ciemnota jak
cholera, dziadostwo. Kto był szefem, nie pamiętam. Samosądy robili, ludzi mordowali, męczyli. Potajemnie ginęli
ludzie.


Jak „Otto” był już w lesie, to po jakimś czasie byli zaaresztowani Lyko Józek, Dinant Teodor i taki Błotek - on
był listowym. Ich zaaresztowali i został później zastrzelony w restauracji „Pod Łabędziem” zastępca szefa UB; Hetman
się nazywał. Jakieś to były porachunki. Rozkaz mieli, żeby ich zgładzić, bo oni mordowali bardzo dużo. Ja tego
zdarzenia w stu procentach nie wiem. Starczewski by wiedział więcej, bo on brał udział.
Ja byłem tu potem, jak był
pogrzeb.
Jak Hetman został zabity przez tą dziewczynę, Irkę Tomaszewiczkę - to było w 1945 roku, jesienią - to
ubewiaki razem z szefem przyszli wtenczas do więzienia gdzie się znajdował ten mój kuzyn Lyko, Błotek i Dinant, do
tej sali wspólnej; tam ich było dwudziestu. Wybierali sobie jak im się podobało, którego chcieli. Ośmiu, czy dziewięciu
z nich wzięli, tych najlepszych. Między tym był mój kuzyn. Pistoletem go uderzyli w brzuch, że się zakrwawił i
przewrócił. To go uratowało, później mi opowiadał wszystko jak to było. Oni dodatkowo jednego wzięli i ich
wszystkich rozstrzelali w parku bez dania racji. Został zastrzelony Dinant, wszyscy co na tej tablicy są wypisani. Nie
wiadomo gdzie ich pochowali. Bo powiadali, że oni mogą robić, co im się podoba. Wszystko za to, że tamten został
zastrzelony.

"Otto" się dowiedział i mówi: - „Cholery! Jakie oni sobie prawo robią!” Zadzwonił do nich z posterunku
gminnego z Lasek, że mają wszyscy być na miejscu, bo on przyjedzie z wizytą do Urzędu Bezpieczeństwa w sprawie
tych pomordowanych. No i przyjechali, w biały dzień. Dwudziestu ich chyba było, nie więcej. W całej grupie, jak było
potrzeba, to ich było nawet do czterdziestu. Obstawili całe miasto: stację, drogę Warszawską. Na ulicy Warszawskiej
był sztab wojskowy ruski, wartownik stał przy tym.
Ale ten wartownik wtedy wyszedł na korytarz. Przyszedł człowiek
z erkaemem, nikogo nie ma, karabin postawił. A ten Rusek wychodzi z powrotem na ulicę. Ten raz pociągnął i Ruska
zastrzelił.
W tym czasie „Otto” i zastępca jego, „Rudy” wchodzili na UB. I od początku, który tam był przedstawiciel
UB, to wszystkich rąbali. Od razu zaczęli robić porządek z tymi mordercami. Jeden taki znajomy, to dostał pocisk w
szczękę. Ja z nim później rozmawiałem i mówię: - „Tak żeś uciekł przed śmiercią”.
Rozbili w pieruny cały urząd. „Otto” jeszcze wyszedł i mówi: - „Artyleria, ognia!” Z pancerfaustu rąbli w
dach i cały zniszczyli. Dwoje dzieci ubeków jeszcze potem zginęło. Ubeki rzucili granat i te dzieci od niego zginęły.

Ja w tym czasie w Kępnie nie byłem, byłem na Kuźnicy. Dopiero na pogrzeb przyjechałem, bo „Otto”
powiada: - „Jedź, zobacz kto tam idzie za ich pogrzebem”. Ja chodnikiem sobie szedłem i oglądałem. Coś siedmiu ich
chowali: jeden był ten Ruski z Komendy Wojennej, tych dwoje dzieci i reszta ubewiaki. Pogrzeb był znikomy. Straż
pożarna i kolejarzy paru szło, więcej nic. Na drugiej stronie wojsko było, to brawo bili. Bo te UB, to się rządziło nie
wiadomo jak. Skąd mieli jakieś prawo, to nie wiadomo. Przecież skąd? żeby do więzienia przyjść, ludzi wybrać i
strzelać? To by, cholera, każdego ruszyło. Niewinnych ludzi jeszcze. Znajomych moich, jak ten Dinant - on przecież z
Pomian pochodził, fajny chłop. Jeszcze gorzej jak esesowcy. Oni zostali za to zabici, że bez dania racji zamordowali
tych więźniów. To był odwet.

Przyjechałem do domu i złożyłem sprawozdanie. Mówię: - „Wiesz co, Franek? Bardzo biedny pogrzeb był,
mały pogrzebek, niewiele ludzi szło za tym pogrzebem”. Ludzie się bali iść.
Na drugi dzień po pogrzebie zaczęli drogi barykadować, w całym mieście słupy z drzewa wkopywali. Nawet
auta pancerne na łąkach stały. Mówili, że było koło sześćset partyzantów, a tam ich było wszystkich nawet nie
trzydziestu. Ja byłem taki, że musiałem wszędzie być i zobaczyć co się dzieje. Bez tego nie było dla mnie żadnej racji
współpracy. A od tego z UB wszystko my wiedzieli: kto donosi, kto melduje.
Tylko raz byłem na jednej takiej obławie. Miałem ze sobą dwunastu chłopaków, wszyscy umundurowani. Ja
pamiętam kto to był, znam nazwiska, ale raczej bym tego nie wyjawiał. Pojechałem w inny powiat. Musiałem jednego
komunistę uspokoić, bo donosił do sztabu ruskiego i ludzi aresztowali. On miał pepeszę i pistolet - wielki komunista.
To był gospodarz taki koło Wójcina, na wiosce pod lasem. Broń mu zabrałem. Pepeszki nie miał, już - powiada - zdał.
Mówię, że jak nie załatwi, żeby tych ludzi Ruski popuszczali do domu, to za dwa tygodnie będzie miał wyrok, karę
śmierci - straszyłem więcej. Tak się chłop poprawił, że załatwił sprawę, ludzi powypuszczał. Niedaleko miał sąsiada,
co go obserwował. On powiada: - „Dobrzeście zrobili. Dostał dwa razy na dupę i koniec”. I dobrze, że pojechałem ja,
bo jakby „Otto” przyszedł, to może by jeszcze gorzej z nim zrobił.


Ja wtedy miałem 24 lata. Pracowałem jeszcze w tym majątku w Miechowej. Robiłem tam za traktorzystę. Ten
administrator mówi: - „Panie mechaniku” - tak się do mnie zwracał, nie po nazwisku - „co by tu zrobić, żeby tych
Ruskich wygonić?” Ja mówię: - „Wiele ich tu jest? Tylko tam siedzą, do góry?” - „Do góry tylko siedzą. Siedmiu”. Ja
mówię: - „Co by tu zrobić? Przecież my we dwóch nie zrobimy nic” - nie mogłem zdradzić, że mam łączność z jakąś
grupą. Mówię: - „Trzeba będzie się coś postarać” - a wiedziałem, że porządny facet jest, z Wieluńskiego gdzieś
pochodził.
Ja tylko z „Ottem” się spotykałem, z tamtymi co byli w lesie nie chciałem mieć nic wspólnego, bo to byli
rozmaici.
Czym mniej się wie jeden o drugim, tym jest lepiej. Mówię do niego: - „Daj paru chłopaków, Ruskich trzeba
wygnać z Miechowej” - ich dowództwo było w Byczynie. - „Ja ci kartkę dam jak tam się wchodzi i ty sprawę
załatwisz”. Poszli, drut zerwali przy drzwiach co do obory się wchodzi, wzięli wóz, parę koni, dziesięć czy ileś
tuczników, szum zrobili, serię puścili parę razy na tych Ruskich - nie zabijali, tylko postrzelali.
Na drugi dzień ja tam już byłem. Przyjechało NKWD - dowództwo, starszyny - i do lasu jadą śladem, tak jak
szedł ten wóz konny. Do lasu dojechali - to blisko było, kilometr ani nie - i dalej już ani kroku. Rzucili się z powrotem.
I po południu już Ruski zabierali krowy, wyganiali z majątku. Na drugi dzień konie, świnie, wszystko pozabierali. W
trzech dniach nikogo nie było. Później już my mieli swobodę gospodarowania.

Ja tam potem byłem przez starostę odznaczony jako pierwszy traktorzysta na Ziemiach Odzyskanych; z
Kluczborka do mnie przyjechał. My tam gospodarzyli i nie miał kto sprzątać. Było zasiane, to człowiek musiał się
postarać jak prawdziwy obywatel, żeby coś zostało dla kraju. Ten majątek był państwowy. Administrator był porządny
człowiek. Nie wozili my zboża do żadnych stodół, tylko ludzie poprzyjeżdżali z wiosek, poukładali sterty i na wieczór
wóz do domu - to była zapłata. Ja tam robiłem do końca jesieni 1945. Brałem do domu trochę i tym w lesie też coś
trzeba było dostarczyć, chleba upiec.

Oni w tym czasie już byli w bunkrach. To były nowe bunkry, budowane po wojnie. W pomieńskim lesie był
taki na dwadzieścia ludzi naszykowany.
[Madzik, tak, był kiedyś las pomiański].
Tam była studnia, woda naszykowana, ustęp i drugie wyjście - wąski kanał
taki. Bunkier był trzy metry głęboki. Po drabinie się wchodziło. Były belki z drzewa, ściany i potem sufit - belki,
słoma, papa, ziemią przykryte. Belka przy belce poustawiane, tak żeby jak padało nie mogło cieknąć do środka. Na
włazie z belek była papa dana, to było piaskiem zasypane i na środku świerk ucięty i gwoździem przybity. Ten świerk
się wywracał jak się właz otwierało; musiał być często zmieniany.
Koło tego, 5 - 6 metrów, stał w gęstwinie partyzant, który pilnował bunkra, żeby ktoś nie podszedł. Taki
Adamski ze Smardzy, on już nie żyje, to mówił: - „Stoję na posterunku, a tu trzeszczy coś, ktoś idzie. Krzyczę: `Stój,
bo strzelam!' A to jeleń, taki może ze trzy lata. Zabiłem go. Jeden strzał - wszystko uciekło. W kalesonach, z bronią z
bunkra wyskakują, co się stało”. Jeszcze dostał potem naganę i cały tydzień na posterunku musiał stać za karę. Jeleń
miał koło niego przejść, a on nie miał strzelić.

Taki bunkier to kosztuje roboty. Ziemię trzeba wykopać; to jest masa ziemi. Trzeba szukać terenu gdzie jest
dół. Ściółkę trzeba odgarnąć ładnie, ziemię nakłaść i znowu ten teren tak zamaskować jak jest w pobliżu. To jest kupa
roboty. Teraz te wyloty - to musi być tak, jakby to królik kopał dziurę w ziemi, mchem obłożone, stare. Musi być
wentylacja jakaś. Gotowanie - wszystko z maszynki na spirytus, żeby nie dymiło. To jest paskudne życie, cierpliwości
brakuje. To nie jest tak, jak siedzieć gdzieś u chłopa. W lesie wytrzymałość nerwowa jest potrzebna. Takiemu
człowiekowi ciężko jest wytrzymać - tyle już walczył z okupantem i teraz na nowo musi być w lesie. Nie mogli się z
tym pogodzić.

Ja byłem związany ze sztabem „Otta”. Wszelkie polecenia to ja przekazywałem. Miałem taki mały motorek
niemiecki, dwusetkę, na nim jeździłem i sprawy załatwiałem. Sztab był w Sadogórze, koło Rychtala w nadleśnictwie -
taka mała wioska jest przy tym i cegielnia.
Ja tam wszystkie papiery zawoziłem, nikt o tym nie wiedział. Raz trafiłem
na Ruskich, przyjechała jakaś grupa wojska do tej Sadogóry. Ja z dokumentami wyjeżdżam z lasu, a Rusek mnie
zatrzymuje: - „Kuda jedziosz?” Ja mówię: - „A tu do brata”. I sobie myślę: no, ty masz tą pepeszkę, ale ja może prędzej
zareaguję. Swój pistolet „dziewiątkę” miałem na piersiach, tylko nie był wprowadzony pocisk do lufy. Ale nic. On
mówi: - „Ujeżdżaj”. Ja przyjeżdżam, a tam pełno Rusków na tej Sadogórze. Ale do sztabu się dostałem, normalnie.
Mówią do mnie: - „Jak, cholera, się tu dostałeś? Przecież pełno Rusków”. Ja mówię: - „Na łeb, na szyję. Mam pistolet,
jadę. Pojedynczo się nie boję”.

W Sadogórze „Otta” nie było. Tam był dowódca inny. Leśniczy był w stopniu kapitana i zastępca jego był
porucznikiem. Tam był cały sztab, a „Otto” to była tylko grupa wykonawcza. Wszystkie sprawozdania tam musiał
dostarczać i rozkazy też stamtąd przychodziły. Sam „Otto” nie mógł działać, to nie byłaby organizacja, tylko
dziadostwo. Jeszcze pamiętam hasło jakie miałem: - „Czy można kupić żerdzi jodłowych?”. A on się zapytał: - „Ile?”
To ja mówię: - „Dwadzieścia”. A nigdy się nie sprzedaje żerdzi jodłowych, bo przecież to jest drogie drzewo. żerdzi
świerkowe to tak, ale nie jodłowe.


W oddziale „Otta” żadnych kłótni nie było. Potem, jak „Otto” zginął, to mogło być różnie, ale dopóki „Otto”
był, to była dyscyplina. Trochę może miał zatargi z Wodzickim, ale jak byli razem na posterunku, to Wodzicki był w
porządku kolega. Wodzicki był równo z „Ottem” w lesie za okupacji i może był taki troszeczkę porywczy, nerwowy.
Zaraz, natychmiast by chciał działać.

Ten Wodzicki zginął. Ja przy tym nie byłem, ale słyszałem tak: jechał z Kostowa z majątku Ruski wozem, oni
go chcieli zatrzymać, a ten Rusek coś nie stawał. Wodzicki strzelił do niego, do tego wozu. Wóz stanął i Wodzicki
myślał, że Rusek jest zabity. Ale on nie był zabity, tylko spokojnie na tym wozie leżał. Wodzicki miał za prędko do
wozu podejść i ten go w brzuch strzelił. Taką wersję słyszałem. Lyko mi o tym trochę opowiadał, ten mój kuzyn, i
koledzy. Pochowali go na cmentarzu w Trzcinicy. Ja się potem dopytywałem jego siostry i ona mówiła, że w tej nocy
go przywieźli na ojca grób. Zaś znowu mówili, że miał zatargi z „Ottem”, że to „Otto” go zlikwidował, ale to nie było
prawdą, to było niesprawdzone, oni byli koledzy.


Zimą akcji specjalnie nie było. Obławy były, KBW jeździło. Była na nas obława z KBW z Wrocławia. Ja
byłem normalnym człowiekiem, nikt mnie nie szukał. Nikt o mnie nie wiedział, tylko „Otto” i Wodzicki. Ale wszelkie
wiadomości miał taki Jeziorny, pseudo „Lis” [nie mylić z mjr. Stanisławem Jeziornym!!!].
On mnie znał jeszcze z okupacji, bo niedaleko mieszkał, koło Janówki.

To on mnie sypnął.

Przyjechali po mnie jak byłem na zabawie w Komorznie. Miałem pistolet „dziewiątkę” przy sobie, byłem w
butach oficerskich, spodniach bryczesach i angielskiej bluzce. Tańczymy na tej zabawie i przyjeżdża piętnastu z KBW.
Obstawili tą salę i: - „Ręce do góry!” A ja już widziałem, że to nie swoi i sobie myślę, co tu teraz robić. Miałem
pistolet, to prędko ten pistolet wyciągłem i po spodniach spuściłem go na dół. Dużo par tańczyło, to nie spostrzegli, że
tam coś spadło. Mówię do dziewczyny: - „Chodź, pójdziemy troszeczkę dalej”. I ten pistolet zostawiłem. Ale miałem
w kieszonce taką zatyczkę, co na pasek się pistolet wpuszcza - nie do kabury, tylko do łatwego użycia.
I teraz przychodzą. Jest ten Jeziorny. Porucznik wyjmuje kartkę: „Proszę wydać dziesięć karabinów, dwie
skrzynki amunicji, jedenaście granatów”. Podpisane - „Otto”. Chcą ode mnie broń. Jeziorny picuje, że ja wiem o
magazynie broni. Ja już wiedziałem co to jest, oni sobie sami to napisali. Mówię: - „Wiesz co? Z taką kartką, to możesz
do pierwszego lepszego tu przyjść. Dlaczegoś ty do mnie przyszedł? Przecież ty tam byłeś z nimi”. Ten porucznik
mówi: - „To nie wie pan?” Ja mówię: - „Nie wiem”. - „No to pojedziemy”. - „Jak trzeba, to pojedziemy”.
To było w lutym, ale nie była zima taka ostra. Wiozą mnie z Komorzna przez las pomieński, koło tych
bunkrów niedaleko; 300 - 400 metrów od bunkrów była droga. Takim zisem my jechali. Dowódca z KBW mówi: -
„Słuchaj, jesteśmy blisko. Nie wiem dokładnie gdzie to jest, ale gdzieś tu są te magazyny broni. Ja ci daję oficerskie
słowo - powiesz gdzie i idziesz do domu”. Ja mówię: - „Nic nie wiem, nic nie powiem. Nie wiem gdzie co jest”. Nie
przyznałem się do niczego.

W drodze, w tym lesie samochód zarżnął się, nie mógł wyjechać. Wszyscy wysiadać do pchania. Mnie pilnuje
dwóch z karabinami, ja pcham jedną ręką, a drugą ręką kieszonkę otwieram i tą zawleczkę od pistoletu wyjmuję i
upuszczam na ziemię, tak żeby przy mnie nie było żadnego śladu po pistolecie.
Zawieźli mnie do Bolesławca na posterunek milicji. Przyjechali my nad ranem - 5, 6 godzina. Zamkli mnie do
góry na piętrze w takim pokoiku, a oni wszyscy na dole byli. „Otto” jeszcze wtenczas nie był zdradzony, bo Jeziorny
tylko takich jak ja, tyły sypał. I „Otto” już tam jest i strzela w pieruny na ten posterunek. Ja im z góry pokazuję ręką, że
mają wziąć ręczne granaty i rzucić na korytarz na parterze. Jakiś cywil się kręcił po rynku i został zastrzelony przez
KBW.


Telefony poodcinali. I złapali porucznika KBW, co się kręcił gdzieś po Bolesławcu. „Otto” go zatrzymał i
mówi: - „Tego coście aresztowali proszę natychmiast wypuścić, bo jak nie, to nie wyjdzie stąd ani jeden żywy”. I on
przyrzekł, że mnie wypuszczą.
Przychodzi ten porucznik i mówi: - „I teraz co z tobą zrobić?” Ja mówię: - „No co? Tylko wypuścić, bo
inaczej to będzie tu ciężko”. On się wahał: puścić mnie, czy nie puścić. Ale nie, nie puścił. „Otto” się wycofał, bo
grupa nie była taka wielka.

Po jakimś czasie dostali na posterunek wzmocnienie z Wielunia i jak mnie wieźli przez Kępno do Pisarzowic,
do sztabu KBW, to gdzie po drodze był jakiś krzak, to na tą stronę mnie przesadzali - raz tu, raz tu. Bali się, że „Otto”
gdzieś tam jest. Przywieźli mnie i zamkli do chlewika świńskiego; zimno tam było jak cholera. Tam przenocowałem i
na drugi dzień zawieźli mnie do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa do Wrocławia.
Tam byłem w śledztwie pięć miesięcy i ni cholery. Tylko konfidentów przysyłali do celi. Wszyscy konfidenci
mieli naświetlone jak ta organizacja działała; wszystko, wszystko opowiadali. Ale ja nie taki głupi znowu. Mówię: -
„Jak wiesz, to idź i mów, cholera! Co ty ode mnie chcesz się dowiedzieć? Ja nic nie wiem”. I do końca, aż jak
wychodziłem z Wronek, do niczego się nie przyznałem.

Znęcali się, to wiadomo jak męczyli. Zbiją, zmaltretują, potem śledczy pistolet położy i udaje, że śpi, a tylko
patrzy, czy ja czasem z tych nerwów do tego pistoletu nie skoczę.
Oprócz tego, to jak w zimnie się siedzi, a na
przesłuchanie do ciepłego przychodzi, to tak trzęsie człowieka, jakby miał cały czas febrę. Ja byłem jeszcze młody
kawaler i mówię sobie: Niech się robi co chce. Przysięgałem Armii Krajowej i nie pisnę ani słówka. Jak powiedziałem
jedno zeznanie, tak do końca się go trzymałem. Byli inni aresztowani od „Otta”: Kania, Witkowski, szewc taki z
Wodzicznej, Wawrzynkowski, jeden adwokat z Bolesławca, taki Weber - teraz on w Katowicach jest. Dużo ludzi
siedziało, ale konfrontacji nam nie robil
i. Nie znam nazwisk tych, co nas przesłuchiwali.

Potem mnie przewieźli do więzienia Kleczkau we Wrocławiu. To było więzienie śledcze, takie wielkie jak we
Wronkach, w krzyż budowane. W tym więzieniu później miałem rozprawę; nie w żadnych salach sądowych, tylko w
więzieniu, w dawniejszej kaplicy. Ośmiu nas sądzili. Jedni dostawali po 8 lat, a ja dostałem 10 lat - z dwóch artykułów:
za nieujawnienie się i za udzielanie pomocy. O tym udzielaniu pomocy, to nie napisali mi, że udzielał ropy do traktora,
tylko, żeby jak najwięcej obciążyć, napisali: „udzielał ropy do motocykla `Ottowi', który używał go w bandzie”. Sędzia
mi się pytał, dlaczego ja udzielałem ropy do motocykla, którego używał „Otto” w bandzie. Ja mówię: - „Proszę
Wysokiego Sądu” - to był wojskowy sąd - „jeszcze nie ma na świecie takich motocykli, co by na ropę chodziły, a kto
napisał to zeznanie, to musiał być głupi. Nie ma motocykli na ropę, specjalne urządzenie potrzebne jest do tego”. Ale i
tak udzielanie pomocy mi wpisali. Dostałem z jednego artykułu 4 lata, z jednego 8, łączny wyrok 10 lat. Te 4 lata
poszły całkowicie jak była amnestia, a te 8 na pół. Po wyroku zawieźli mnie do Wronek.

Na Kleczkach dowiedziałem się, że ten co mnie zdradził, to „Otta” też chciał zdradzić i w lasach koło
Pisarzowic się umówił z nim. To był Jeziorny, pseudo „Lis”. On był z „Ottem” za okupacji. Później mu zaaresztowali
narzeczoną i KBW mu powiedziało, że jak zdradzi „Otta”, to ją wypuszczą na wolność.
Jeden co siedział ze mną, opowiadał mi jak nastąpiło to spotkanie, on tam był. On był prawą ręką „Otta”. Jakie
pseudo miał, to nie wiem, ja go nie znam tak dokładnie. Dostał 15 lat.

Ten Jeziorny - „Lis” powiedział do „Otta”: - „Wiesz co, Franek? NSZ się chce z tobą skontaktować”. To
„Otto” mówi: - „Możemy się spotkać, czemu nie?” W lesie czekali porucznik, kapitan i major. Idą na spotkanie, a ten
major miał ręce w kieszeni. „Otto” mówi: - „Panie majorze, proszę wyciągnąć ręce z kieszeni” - taki rozkaz dał.
W międzyczasie się obrócił ten, co z erkaemem przy „Otcie” szedł. Obrócił się, a ten Jeziorny został, niby za
swoją potrzebą i zapalniczką dawał sygnał, podprowadzał ich. „Otto” widzi co się robi i jeszcze raz mówi do tego
majora, żeby wyciągnął rękę z kieszeni. Ten nie chciał. Naraz jakiś strzał padł. Zaraz ten z erkaemem przeciągnął serię
po tym majorze, kapitanie i poruczniku, jeszcze potem jakiś granat ktoś rzucił, tak że oni się przewrócili; nie wiadomo
czy zostali zabici.

Tego z erkaemem złapali, zbity był strasznie. Potem jak przyszedł na Kleczki do więzienia i my rozmawiali, to
opowiadał mi to wszystko. Mówi: - „Wiesz, Franek był za mądry, żeby on się dał złapać. My się wycofywali” - bo w
lesie to się można fajnie wycofywać, zaraz nie zastrzelą - „i tego Jeziornego my zgubili”. Powiada, że gdyby wcześniej
zobaczył, że on ten sygnał dał, to by go zastrzelił na miejscu, ale to był moment.
Nikt nie widział, żeby gdzieś „Otta” zabili. Nie wiadomo, co się z nim stało. Jak siedziałem na Wojewódzkim
Urzędzie Bezpieczeństwa we Wrocławiu, to powiedzieli mi tak: - „Chcesz widzieć `Otta'?” Pokazali trupa, ale nie
„Otta”. Nie ma śladu gdzie by on zginął, gdzie by był pochowany. Mówili, że w Pisarzowicach, albo gdzieś, ale nikt go
nie widział po śmierci.


W więzieniu na Kleczkach to my jeszcze zrobili bunt w 1946 roku. Bo ci, co dostawali paczki, to jeszcze
jakoś; jeden się z drugim dzielił. Ale byli ludzie aresztowani z Lubelskiego, z innych stron. Oni nie dostawali paczek,
to było im ciężko. Naczelnik więzienia był żydowskiego pochodzenia. Jedzenie, co nam dawali, to była zupa cieniutka,
woda, taki rosołek tylko. A przydziały na pewno były lepsze.

Sami akowcy zrobili ten spisek buntowy. Postanowili od celi do celi przewiercić pomiędzy kaloryferami
dziurkę i cała ta Armia Krajowa się zorganizowała. Na dole, na parterze, siedzieli też częściowo Niemcy - policjanci i
inni. Do tej celi, gdzie siedzieli akowcy, byli skomunikowani tą dziurką: - „Jak będzie woda, nie brać”. Na dole już
cele otwierali, chcieli zupę dawać, ci nie odbierają jedzenia. I nastąpił bunt.
Pierwsze uderzenie poszło w zasłony szybne, takie szyby duże. Wywalili my wszystkie szyby co były na
stronie A, gdzie polityczni siedzieli. Jak my to zrobili, to i te drugie skrzydła też zrobiły bunt. My tego nie widzieli, bo
więzienie było w krzyż, ale hałas tam był jak cholera. I krzyczeli my. Pierwszy okrzyk to było: - „Niech żyje Anders!”
Później drugi: - „Niech żyje Mikołajczyk!” I wszyscy: - „Niech żyje!” A ludzie na ulicy przechodzili i krzyczeli: -
„Chleba im dać!”

Po jakimś czasie przychodzą z KBW żołnierze i stoją. Pierwsze piętro nie mogło się do okna zbliżać wcale, bo
z miejsca strzelali, jak tylko popadło, po tych oknach. Z drugiego piętra się dokładnie widziało. Ktoś talerz rzucił przez
te szyby, przez kraty. Jak leciał ten talerz, to zaraz do tego okna strzelali, ale to wszystko z boku, w mury. Kluczniki cel
nie otwierali, bo się bali, ale jeden więzień stał przy drzwiach, bo powiada, że jak by za czymś weszli, to już daje cynk.
Odbiła się kula od kraty i prosto w głowę dostał, ale nie silnie, tylko leciała mu krew. I od tego czasu ten chłopak coś
dostał do głowy, czy to wstrząs mózgu, czy coś. Wyleczył się, ale tak majaczył.
Wiele trwał ten bunt? Może trzy godziny. Przychodzi naczelnik więzienia. Z drugiego piętra jakiś chłopak
miał jeszcze tuszonkę, konserwę. Traf chciał, że jak tą puszką rzucił, to uderzył naczelnika prosto w głowę. Ten upadł.
I po buncie cały miesiąc my mieli zatrzymane paczki. Ale po tygodniu czasu już tego naczelnika nie było i jak dawali
zupę, kaszę, to można było łyżkę włożyć i łyżka się nie przewróciła. Z miejsca jedzenie było inne. A Niemcy, którzy
siedzieli na dole, to mówili: - „Te Polacy to są niemożliwe. Nawet we więzieniu powstanie robią”.
Sądzili nas też same Żydy - Żyd na Żydzie. Jak był proces, to wypili osiem karafek wódki! Ten adwokat co
siedział koło mnie, przedwojenny adwokat, to mówi: - „Wiesz co, Idziek? To niemożliwe, żeby był taki sąd. Ja jeszcze
nie widziałem w życiu”. Mam ich wszystkich w tym odpisie wyroku. Jak stanął major i odczytał wyrok, to nie umiał
się utrzymać na nogach. Pijane wszystko w pieruny: prokurator, kapitan - wszystko dziadostwo.

I jeszcze taki Idzi Piszczałka z Kuźnicy Słupskiej, co był na karę śmierci osądzony: my tam chodzili po
spacerze, a jak ktoś miał karę śmierci, to już go nie puszczali na spacer. My chodzili koło tej izolatki, gdzie oni
siedzieli. On z okna mnie poznał i mówi: - „Tej, Idzi!” - tak samo miał na imię jak ja; w naszych okolicach jest tych
imion dużo, bo jest taki patron - „Jak wyjdziesz na wolność, to mścij się na Żydów, bo nas Żydy sądzili”.
On był w wojsku z kolegą przy ochronie marszałka Rokossowskiego. Po godzinie dziewiątej był zakaz
wejścia na ten teren. I Rusek idzie pijany. Ten kolega mówi: - „Stój, bo strzelam!” Ten nic nie reagował, więc on wziął
i zastrzelił tego Ruska. Na drugi dzień już go zabrali i ślad po nim zaginął. A ten Idzi uciekł z wojska i przyszedł do
„Otta”. - „Dlaczego uciekłeś” - się go pytali na sądzie. On powiada: - „Bo czekałem tyle lat na Polskę! My mamy
swoich oficerów zdolnych, a nie żeby my słuchali ruskich przełożonych!” Nie podobało mu się w tym wojsku. Jemu
Ruscy zastrzelili dwóch braci w 1945 roku. On był sądzony w pierwszej grupie; tam były trzy kary śmierci.
Jedna dziewczyna z „Otta” grupy, co była w ciąży, też była skazana na karę śmierci i rozstrzelana przez KBW.
Nie wiem jak się nazywała, ani jakie miała pseudo, bo ona była z tej pierwszej grupy, czynnej. Ja się zaliczałem do
drugiej grupy, wspomagającej.

Jak ja byłem na Kleczkach we Wrocławiu przez te parę miesięcy, to koło dwieście ludzi rozstrzelali, takich
młodych chłopaków. Strzelali bez dania racji. To było takie dziadostwo, że świat pojęcia nie ma. Skąd wiedzieliśmy o
tych egzekucjach: na tym samym oddziale była gilotyna; jak my szli na spacer, to koło niej można było iść. Gilotyna
była później zlikwidowana, ale były magazyny i moja grupa z okna z trzeciego piętra widziała, jak w tych magazynach
ich strzelali. Pod mur postawili tą kobietę w ciąży i tego Idziego, i innych. Ja to widziałem. Ile tam było: dwadzieścia,
trzydzieści metrów. Na tą egzekucję KBW przyszło podpite. I nie, że sędzia odczytał wyrok. Wyprowadzili, oczy
zawiązane i karabinami jak tylko mogli, tak siekli. A gdzie ich potem wywozili, czy ktoś mógł zwłoki zabrać, czy to
ogłosili gdzieś komuś, to nic nie było wiadome.


Mnie aresztowali 10 lutego 1946 roku, a wyrok był w lipcu. Po wyroku trzymali mnie jeszcze we Wrocławiu
może niecałe 2 tygodnie i potem do Wronek. Nie wiedziałem, że do Wronek, bo gdzie? - do Rosji wywozili wszystkich
akowców. Ale traf chciał, że do Wronek, a Wronki to było wtenczas więzienie NKWD, pod wpływami ruskimi. Na
pojedynce, izolatce siedziałem 8 tygodni. Bo też tak: we więzieniu, a pełno konfidentów nasłanych. Jak skazani na karę
śmierci mieli iść do spowiedzi, to raz poszli, a drugi raz nie, bo przychodzili z UB przebrani za księży. A potem
wielkie procesy się odbyły.

We Wronkach, to było więzienie karne. I też: ja tam później jakiś czas byłem we warsztacie i przyszedł taki -
więzień, po więziennemu ubrany. Ja mówię: - „Wiesz co? Tu jeszcze, cholera, będzie Bierut siedział za tą naszą
krzywdę”. Za dwie godziny już przychodzą po mnie i na pojedynkę. - „Za co siedzisz?” - „Nie wiem za co”. Dwa
wiaderka wody co dzień mi lali do tej celi. Osiem tygodni tam siedziałem, do niczego się nie przyznałem cały czas. To
była pojedynka taka; z tym, że było łóżko. A tam we Wronkach łóżka nie ma dla ludzi. Tam tylko trzy sienniki
położone cieniutkie i sześciu ludzi śpi. Raz na rok wymieniana jest ta słoma. W dzień sienniki kładzie się po bokach
jeden na drugi i nie można ani nigdzie usiąść, musisz cały dzień chodzić. Paskudne więzienie.
W czasie pobytu w więzieniu nie wiedziałem co się dzieje z chłopakami od „Otta”. Ja się z tymi ludźmi nie
spotykałem tak jak inni. Nas było tylko trzech: „Otto”, Wodzicki i ja. Z „Rudym” się raz tylko widziałem, ale nie przy
bunkrze; nawet nie wiem jakie miał nazwisko. Znałem Irkę Tomaszewiczkę. Wszystkie dziewczyny znałem, bo ich
było więcej. To były ładne dziewczyny, „Otto” je sobie wybrał. Ja tam z nimi nie chodziłem do lasu, tylko wiedziałem,
że one z nim trzymają. Ta Irka była jeszcze nawet niepełnoletnia. Teraz zachorowała na raka i wywieźli ją gdzieś. Ona
z Ignacówki pochodzi; to jest w naszej parafii. Tam więcej tych dziewczyn było w domu i jeden syn też zginął w
partyzantce.


Jak wychodziłem z więzienia, to nas siedziało pięć tysięcy akowców, co walczyli całą okupację: Lubelskie,
Góry Świętokrzyskie, Wileńskie, gdzie tylko, z rozmaitych stron. Sam wychodziłem. Przychodzi naczelnik, major w
mundurze i mówi tak: - „Idziecie na wolność?” Już byłem przebrany, brat przyjechał po mnie. Mówię: - „No,
prawdopodobnie”. - „To za coście siedzieli?” Jeszcze ostatni moment. Jak ja bym powiedział, że za AK, to już by mnie
trzymali dalej. Ja mówię: - „Nie wiem za co”. On: - „Za AK!” Ja mówię: - „Pierwszy raz słyszę”. Poszedłem.
Wyprowadzał mnie taki Krzewina, przewodnik tych kluczników wszystkich; fajny chłop był, nie można powiedzieć,
możliwy. Mówi: - „Jak żeście wchodzili, brama się szeroko otwierała. Teraz wąsko. Idź, bo cię jeszcze mogą wrócić”.
Na tym się cała makabra skończyła.

Wyszedłem w 1950 roku, 10 lutego. Jak się wychodziło, to było powiedziane: - „Ani słowa o tym, co się tu we
więzieniu robi, bo możecie wrócić najbliższą drogą”. Na drugi dzień trzeba się było iść meldować na posterunek
milicji. Później zgłosić się na UB. Tu na UB w Kępnie mnie nie znali, bo mnie tu nie aresztowali. No to dzwoni do
góry: - „Idzie taki a taki” - z oddziału „Otta”, to co to za bandyta musiał być! Jak przyszedłem: - „No, zapalcie se
papierosa”. Ja mówię: - „Nie palę” - chociaż paliłem, ale za rychło by było od takiego skurczybyka papierosa brać. -
„Słuchajcie, my wiemy, że może was niesłusznie osądzili...” - takie gadki. - „Może byście tak z nami współpracowali?”
Ja mówię: - „Wie pan co? Ja takim chłopakiem byłem, to już miałem drogę wytyczoną i tą drogą pójdę do samej
śmierci”. - „A jaką?” Ja mówię: - „Sprawiedliwość żeby była na świecie. Sprawiedliwością trzeba iść”.
Za trochę wzywają mnie do Poznania. Jeszcze mnie tam kołowali. Pojechałem na Wojewódzkie UB; też mnie
tam chcieli na współpracę namówić, ale nic z tego. Przyjechałem do domu - co trochę, to jakiś przyjeżdża: - „A jak tam
było we więzieniu?” Później brat przyszedł i mówi: - „Słuchaj no, Idzi. Ty się z nimi nie zadawaj, bo to same są
konfidenty”. Ja mówię: - „Dobrze wiedzieć” - bo nie wiedziałem. Skąd? Po czterech latach człowiek wyszedł. I teraz
jak przychodzili, jak jednego chwyciłem! Mówię: - „Jak ci płacą, to idź gdzie indziej, ale u mnie już nie skorzystasz
nic. Uciekaj. Nie chcę cię znać więcej tu na podwórku”.

A dwa tygodnie nim ja wyszedłem był zaaresztowany Kaziu Gruszka, ten z UB. Ktoś z tych więzionych go
musiał sypnąć. I znowu wzywają mnie do UB za świadka dla tego Gruszki. Ten mnie sypie, że dał mi broń. - „Ileście
wzięli broni tym wozem?” - mówi ten z UB, a Gruszka tam siedzi. - „Coście zrobili z tą bronią, co on z UB dał?” Ja
mówię: - „Broń? Ja sobie nie przypominam... Aaa, te dwa karabiny coś ty mi dał? To jak się posterunek zakładał na
milicji, to z czym mieli my iść? Z kijami? On mi naszykował wtenczas dwa karabiny, ale więcej?”. - „I co się z tą
bronią stało?” - „Po kapitulacji poszły na inny posterunek zabrane, więcej nic”. A okazję miałem i mrugnąłem na
Kazia. I on mówi: - „Teraz sobie dokładnie nie przypominam, ale może więcej nie było, może trzy”. Tak my to
wywinęli.

On potem przyszedł i ja mówię: - „Kaziu, ja nic nie sypałem. Mnie bili, znęcali się nade mną. A ty żeś musiał
sypać? Komu ty chcesz gadać? Tym ubewiakom? To są nasi wrogowie. Tyś im nie powinien ani słowa powiedzieć.
Przysięgę składałeś do Armii Krajowej, to na śmierć i życie. Co cię spotka w życiu, to musisz to przetrzymać”.
Tych ubewiaków, tajniaków pełno było wokół mnie. Musiałem być cicho. Starałem się unikać wszelkiej
styczności z ludźmi niepewnymi, których nie znałem. Po czterech latach wszystko się zmieniło, nie wiedziałem jaki
świat istnieje. Z tego wszystkiego wolałem ruszyć w strony nieznane. Pojechałem na zachód, na opolskie
województwo. Tam robotę znalazłem, pracowałem i skończyło się z konfidentami, nie przychodzili do mnie wcale. Bo
jak przyszli do domu się pytać, to matka mówiła: - „Zdenerwowaliście go, pojechał na zachód i koniec, nie ma”.
Później się uspokoiło. Poszukałem kobietę i się ożeniłem; też na zachodzie.

Spotkałem się z niektórymi po wyjściu z więzienia, z Zygmuntem Kanią, ale oni wyszli prędzej, nie mieli
dużych wyroków. Kania był z Wodzicznej, ja tam z nimi nie miałem nic wspólnego. Wiedziałem, że też tam coś kręci,
ale nie interesowało mnie to. Czym jest większa sieć znajomości, to jest niedobrze. Musi być tak, jak do Armii
Krajowej się wstępowało: dwóch i ten trzeci co wstępował. To była najlepsza organizacja jaka tylko może być.
Taka
tajemnica jak była w Armii Krajowej, to mało się spotyka. A na wolności ja tego przestrzegałem, żeby nie być spalony,
ale wszystko wiedzieć. Kto potrzebuje tą wiedzę, trzeba mu przekazać. A tu jak najmniej, bo są rozmaici ludzie. Może
być przyjęty, dostanie parę razy na tyłek, trochę się pomszczą i wszystko sypie. U mnie tego nie było. Trwałem, bij -
zabij, nikogo nie wysypałem.

To wszystko robiłem dla swojej ojczyzny. Ja byłem chowany przed wojną w patriotyźmie. I ten patriotyzm
dalej istnieje, do dzisiejszego dnia. Armia Krajowa to była organizacja, która walczyła przeciwko wrogowi, a wróg
numer drugi to były bolszewiki. Już nasi przodkowie walczyli z tym, a nadal to było. Jedni się ujawnili, to ich
wywieźli, zmarnowali. Oni swój naród mordowali.

Później my się dowiedzieli, że Bierut zażądał coś 300 tysięcy wojska ruskiego dla wzmocnienia kraju, no to
było wiadomo, że Armia Krajowa już tu nie ma wiele do roboty. Ten dowódca główny, to rozkazem powiedział, żeby
się ujawnić, a kto nie chce, to na swoją rękę może być nadal członkiem Armii Krajowej.
Dużo było takich, co się nie
ujawnili i żołnierzami byli na swoją rękę. UB ich potem ścigało, a to takie małe miasteczka, no to się ukrywali. A co,
miał się dać zabić, albo zamordować? Taki żywot...

Do zabijania zmusił tylko ten Urząd Bezpieczeństwa. Żeby to po wojnie zaraz się skończyło, było tak jak teraz
Wałęsa zrobił i Mazowiecki, kreskę żeby zrobili w 1945 roku, nie byłoby żadnych band. Powinni akowców honorować
za zasługi przeciwko okupantowi. To byli wybrani młodzieńcy, to nie były byle jakie chłopaki.
Żeby to było zaraz dwa, trzy lata po tym wszystkim, to by ludzie więcej opowiadali o akcjach, ale to już jest
pięćdziesiąt lat; już mają tego dość. Teraz się starają o kombatanctwo i ciągle są zaniedbania. Ja do dzisiejszego dnia
czekam na kombatanctwo z Warszawy i nie przychodzi.

Kępno, 1993 rok.
164 #32 angru4 08/09/2016 21:23   
Panie Wieczorek, jak pan taki ciekawy prawdy to może się pan wybrać do np. Kuźnicy Trzcińskiej, Janówki, Komorzna itp. i pogadać ze starszymi ludźmi.
476 #31 slawomir wieczorek 08/09/2016 17:28   
Ja w pełni rozumiem, że pani Iwona Chowańska poczuła się urażona pogardliwymi komentarzami pod swoim adresem. Niestety, nie wszyscy potrafią rozmawiać używając wyłacznie argumentów. Ataki personalne nie świadczą dobrze o ich autorach. Natomiast słowa, które ponoć pani Iwona skierowala do rozmówcow nie były chyba do końca przemyślane. Zawoalowane groźby są dla mnie nie do zaakceptowania. Jest wolność słowa i można wypowiadać dowolne tezy, nawet bzdurne i absurdalne, z którymi mamy pełne prawo się nie zgadzać. Mam jednak wątpliwości, czy taki był przekaz pani Iwony Chowańskiej.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.
Oceny
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Ankieta
Czy Kopiec im. Józefa Piłsudskiego powinien zostać w Kępnie odbudowany:

Tak
Tak
45% [28 głosów]

Tak, ale patron powinien być inny, związany z Wielkopolską
Tak, ale patron powinien być inny, związany z Wielkopolską
19% [12 głosy]

Nie
Nie
35% [22 głosy]

Ogółem głosów: 62
Musisz zalogować się, aby móc zagłosować.
Rozpoczęto: 25/12/2018 11:03

Archiwum ankiet
Pracowity koniec roku.[0]
Kalendarz

Brak wydarzeń.

Złap nas w sieci NK  FB  BL  TVN24
Ostatnio na forum
Najnowsze tematy
· Laski, rodzina Seife...
· Internet w Perzowie
· Prezent dla taty
· Kronika Szkoły w Cze...
· Wrak
· Myjomice
· GWARA WIELKOPOLSKA
· Kępno.Historia.

Losowe tematy
· Gdzie to jest? tzw....
· Mirków
· Grębanin.
· Prawa autorskie a "...
· Zespoły muzyczne z ...
Najwyżej oceniane zdjęcie
Zdjęcie miesiąca Październik
Rynek
Liczba ocen: 1
Punktów: 5
Archiwum
25,120,612 unikalne wizyty